Trzy pytania z bonusem do: dr. Macieja Sochy

Trzy pytania z bonusem do: dr. Macieja Sochy

Agnieszka Milik-Skrzypczak: Gratuluję "Złotego Stetoskopu". Chciałabym jednak, aby sprecyzował Pan dlaczego to medyczne wyróżnienie stało się Pana udziałem?

Dr Maciej Socha: Myślę, że samo bycie ginekologiem daje mi już na starcie większą szansę na wygraną w tego typu konkursach. O wygranej decydowały bowiem sms- y wysyłane przez czytelników gazety. Skoro leczę głównie młode pacjentki, które nie oszukujmy się, są doskonale osadzone w elektronicznej rzeczywistości, to wydawało mi się, że dużo łatwiej będzie wygrać "Złoty Stetoskop" takiemu specjaliście jak ginekolog- położnik, niż przykładowo ortopeda. Okazało się jednak, że na II miejscu znalazł się ortopeda, co nieco wybiło mnie z moich głębokich przekonań (śmiech). Choć nadal podtrzymuję, że fakt bycia ginekologiem i właśnie leczenie dużej grupy młodych pacjentów, może być jedną z przyczyn mojego sukcesu w tym plebiscycie.

A.M-S.: Pana argumentacja jest przekonująca. Niemniej odnoszę wrażenie, że to tylko część odpowiedzi. Sądzę, że posiada Pan zespół szczególnych cech, które predysponują do wygranej.

M.S: To jest pytanie z serii dlaczego pacjentki mnie lubią. Sądzę, że pacjenci doskonale wyczuwają, czy ktoś wykonuje swój zawód dlatego, że to lubi czy dlatego, że musi. Ja kwalifikuję siebie do tej grupy, która uwielbia swoją pracę i pracuje dużo- niejednokrotnie przedmiotem żartów jest to, że nie mam życia poza medycyną i przyjaźnię się z pacjentami. Ale często to przyjaciele stają się też pacjentami bo ginekologia i położnictwo to akurat na tyle intymne dyscypliny, że przyjaźń czy miłość to uczucia akurat im bliskie. I myślę że choć zabrzmi to patetycznie, ja po prostu kocham medycynę. Uff. I myślę, że pacjentki to po prostu wyczuwają. Ale widzą też, że nie jest to poświęcenie bo szukając rozwiązań medycznych, analizując przypadek, nie robię tego z przymusu, ale z ciekawości, zaspokajając własną ciekawość. Pracą sprawiam sobie przyjemność i rozwijam się jako lekarz.

A.M-S.:Dr Maciej Socha to nie tylko postać ze świata medycyny, ale też postać medialna. Skomentuje to Pan.

M.S: I znów wracamy do medycyny. Miłość do niej po prostu stała się dobrym punktem wyjścia do tego aby podzielić się swoimi uczuciami i o niej opowiedzieć. Mam bowiem głębokie przekonanie, że pacjenci zawsze zrozumieją co im się chcę powiedzieć i zastosują się do moich wskazówek pod warunkiem, że zostanie im to dobrze wytłumaczone. Trzeba tylko znaleźć na to sposób. Media są dzisiaj najlepszym narzędziem do przekazywania wiedzy medycznej. Już w okresie liceum i na studiach byłem związany z rozgłośnią radiową oraz telewizją i tak zostało. Opowiadam o medycynie tak, jak ja bym chciał, żeby mi coś opowiedziano i tak bym sam siebie przekonał do tego co mówię i zrozumiał o czym mówię. Może tutaj też kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego ja? Bo wiem o czym mówię.

A.M-S.: I na koniec pytanie bonusowe. Wiemy już o medycznej stronie Pana osobowości. Czy jednak medycyna zawładnęła całym Pana światem, czy zostało jeszcze miejsca na inne działania?

M.S: Owszem, to podróże i poznawanie nowych kultur. Wiem, że zabrzmi to dość typowo, bo większość z nas jest dziś zainteresowana podróżami i ciągle gdzieś wyjeżdża. Mnie jednak interesują one w aspekcie socjologicznym i antropologicznym. Dotychczasowe wyjazdy, w których brałem udział były w większości podpięte pod medycynę i wiązały się z moją pracą, co pozwalało mi wtopić się w daną społeczność. Żyjąc dłuższy czas wśród ludzi z innej grupy kulturowej np. w Korei, Czadzie czy Gwatemali siłą rzeczy, przez osmozę, nabieramy rysu życia ludzi zamieszkujących dany teren. Najbardziej lubię czuć jak przechodzi się każdą z tych zdefiniowanych od dawna faz szoku międzykulturowego: wstrząs przy zetknięciu z odmiennością, badanie nowego i ekscytacja różnicami, a następnie to… niby banalne przyzwyczajenie, wejście w rutynę i nagle okazuje się, że nie jest się obcym. Po powrocie dopiero dostrzega się ile się nauczyło i jak się zmieniło. A taki wyjazd dalej w nas "pracuje" i korzystamy z tych doświadczeń. I to właśnie jest dla mnie clou podróżowania. Nabranie dystansu. Ważne, żeby móc gdzieś indziej poprzebywać i spojrzeć na świat z tamtego punku widzenia (naszego nowego punktu widzenia).